„Rynek finansowy” czyli wielkie oszustwo. O książce Pawła Reszki „Chciwość”

Myślałem, że idę do banku, do instytucji zaufania publicznego, a trafiłem do sprzedawców garnków ukrywających się pod nobliwą nazwą, rzekomo nadzorowaną przez instytucje państwowe. Bank? Nie – sprzedaż „produktów finansowych”. Kredyt? Nie – w kredycie przecież kapitał nie może rosnąć, co najwyżej odsetki; a ty spłacasz, spłacasz – a i tak dług rośnie. Bankier? Nie – to zapewne człowiek w służbowym garniturze na samozatrudnieniu i prowizjach, z tróją z matematyki na maturze. Bankier… Jakie kursy ekonomiczne, jakie studia?… „Szkolenia” z open barem i popularnym aktorem grającym klienta. I ta ideologiczna presja, te „motywujące” maile, wszystko nastawione na wciskanie ludziom opakowanych w kolorowe papierki trucizn.

Książka Pawła Reszki, jak każdy jego tekst, jest mocna i prawdziwa. To reporter śledczy rzetelnie pokazujący różne punkty widzenia, obiektywny, nie zaangażowany osobiście (a zatem tym bardziej wiarygodny). Tu nie ma dywagacji – jest zapis rozmów, maili: reportaż z reporterem niemal niewidocznym, zapis relacji z faktycznych zdarzeń wciągający jak kryminał. Z tych rozmów z proszącymi o anonimowość, trzęsącymi się – nie, nie mafiosami, czy „skruszonymi”, a z pracownikami banków, zaklejającymi kamerki w służbowych laptopach, obserwującymi wejścia w podwarszawskim zajeździe – wyłania się obraz przerażający. Obraz zarówno wielkiego oszustwa (także samooszukiwania się i bankowców, i klientów, czemu sprzyjało „sprywatyzowanie” państwa), jak upadku etyki bankowców, którzy stali się sprzedawcami garnków skrzyżowanymi z rekrutami sowieckiego wywiadu znanymi z opowieści Wiktora Suworowa, poddanymi nieustannej presji i tresurze (ten obraz wyrzuconego zaraz na początku szkolenia kandydata na „bankowca”, który nie notował skrzętnie marketingowego bełkotu, wykazując krytyczne myślenie słowami, że notuje to, co uważa za ważne).

Korzeniem kryzysu były cechy charakteru, te, które w katolicyzmie stanowią grzechy główne: chciwość i pycha (bankowców), zazdrość (bankowców i klientów – ktoś sprzedał z lepszą prowizją „toksyczny” produkt – ktoś kupił sobie mieszkanie, a ja wciąż wynajmuję…). Dodam od razu, że mam tu osobiste spojrzenie, w przeciwieństwie do autora – a teraz inaczej widzę pewne zachowania, do których dochodziło, mogę zatem co nieco dodać, chociaż rzecz jasna – subiektywnie. Kredyty tzw. „frankowe”… Jakie kredyty?…

Jak kredytem można nazwać „produkt” w którym zmienna jest wartość kapitału? na którym bank zawsze zarobi, bo całe ryzyko jest po stronie klienta? kiedy podpisało się „kwity” o wiedzy o ryzyku (wiedza ograniczyła się do informacji, że kurs jest zmienny, ale frank będzie spadał, i na dowód – wykres tylko z kilku ostatnich lat, ucięty akurat tak, że nie było widać, że to akurat jest „dołek”, a wcześniej kurs był droższy), a „bankowiec” (tj. faktycznie – sprzedawca produktów finansowych…) mówił, że wkrótce będzie euro, potwierdzał, że kurs CHF jest powiązany z EUR, że PLN będzie rósł a CHF spadał, że nie ma zdolności do kredytu bezpośrednio w złotym polskim, a „we franku” (którego banki nie miały i fizycznie nie dawały!) jest, bo chodzi o to, że bankowi łatwiej o franki, niż o złotówki…

Ale czy można mieć pretensje do szeregowego pracownika (to w zasadzie niewłaściwe słowo – zapewne do „jednoosobowej firmy” na śmieciówce, wynajętej do wciskania kitu)? Reszka pokazuje, że nie: oni i sami sobie sprzedawali, i rodzicom, i miasteczku, z którego pochodzą, a w którym może ktoś ich teraz wskazuje palcem jako złodziei. Nie, to wycofanie się państwa z rzeczywistego nadzoru (osłabianie nadzoru przez polityków, kult rzekomego „wolnego rynku”), czego symbolem jest dawny warszawski Ratusz na Placu Teatralnym, dziś siedziba banku – było przestrzenią, na której zbudowano te finansowe piramidy oszustw… To do państwa trzeba mieć pretensje – ale przecież nie do atakowanego wówczas poprzednika KNF-u! To właściwie do kogo? Trudno umiejscowić instytucję i osobę, ale fakt, że legalnie można było oszukiwać ludzi („ubezpieczenia emerytalne”, kredyty „frankowe”, „polisolokaty”, opcje walutowe, itd., itp…) przez wielkie i mniejsze instytucje finansowe – jest oskarżeniem państwa. Przecież to „bank”, „nadzorowany”, przez „państwo” – myśleli ludzie. To coś więcej nawet niż Amber Gold, który działał – a przecież nie mógłby działać, gdyby był oszustwem, nie mógłby publikować reklam, prawda? A tymczasem to nie żadne „agencje”, tylko – banki. A bank jest przecież godny zaufania, kontrolowany przez państwo. Tak?

Nie. Okazuje się, że nie. Słowa nie znaczą tego, co myśleliśmy, że znaczą. Wytarło się słowo „konsultant”, po książce Pawła Reszki słowo „bankier” czy „bankowiec” jest równoznaczne ze słowem „oszust”. – Tak, bo niestety bank nie ma właściciela. Ma tylko prezesów, a właściciela? Inny bank? Drobnych akcjonariuszy? Gąszcz funduszy inwestycyjnych? (W których – czemu to nas nie dziwi? – opłata za zarządzanie jest nawet w przypadku strat!) I ta presja nie na zadbanie o klienta jak w czasach prawdziwie prywatnych, nie korporacyjnych, banków – ale presja na „słupki sprzedaży”, krótkookresowy, szybki zysk. Nie „pewność zaufanie” – ale, okazuje się: zysk za wszelką cenę. Sprzedawanie trucizn, „toksycznych produktów” pod różnymi nazwami.

Książka szokująca, książka reporterska, książka rzetelna, pokazująca różne punkty widzenia – które rysują obraz wielkiego oszustwa, często samo-oszustwa, z dobrotliwym, zamykającym oczy i uszy, państwem polskim, dosypującym instytucjom pieniędzy z budżetu w ramach „dopłat do kredytów” (ciekawe, czy ktoś policzył koszty tej pomocy, nie pomagającej ludziom, a bankom, bo to szło na spłatę odsetek?… ciekawe, jak to wygląda w zestawieniu z rzucanymi swobodnie przez banki liczbom kosztów uwolnienia kredytów od powiązania z frankiem szwajcarskim?…). Państwo było dobre dla instytucji i prezesów. Tłuste lisy mają się dobrze. Ciekawe, ile z tych polisolokat poszło na wódeczki w open barach na „szkoleniach”? Tak, wiem, że tu wychodzi już subiektywizm zaangażowanego czytelnika. Obiektywizmowi reportera nie można niczego zarzucić – słusznie pokazuje, że dawne „tłuste lisy” obdzierające klientów w bankach często doradzają dziś kancelariom prawnym, obdzierając dawnych klientów banku, którzy chcą odzyskać zagrabione oszustwem pieniądze. Zarabiamy i na wzrostach i na spadkach – ich zysk jest twoją stratą. Podpisałeś kwit o ryzyku – i jesteś naszym niewolnikiem do końca życia. Przecież pani dobrze wygląda, dożyje pani setki! Zapraszamy po kredyt! A dzisiaj: zapraszamy do sądzenia się z bankiem, w celu wyceny roszczenia proponujemy spotkanie, honorarium: 500 zł…

Kto ma ponieść odpowiedzialność?… To wymaga uregulowania spraw przez państwo, ale szczyt piramidy tego oszustwa wymaga lustracji. Nie wzywam do aresztowań w kajdankach, ale czy pamiętamy ton artykułów prasowych z lat 2006-2007? Te powszechne zachęty, śladowe sygnały (prawie niewidoczne) sceptycyzmu? Sprzedawca był pod spodem piramidy przygniatającej ludzi – ale ktoś je przecież budował. Owszem, fundamentem była chciwość – podlana cementem mitu „wolnego rynku”.

Czy czegoś się nauczymy?… „Czerwone i Czarne” wydaje bardzo ciekawe książki, będące ważnymi głosami w dyskusji nad stanem społeczeństwa i państwa – w dyskusji merytorycznej, nie personalnej, w dyskusji, której tak niewiele.

Czytajcie Chciwość Pawła Reszki, oglądajcie Big Shorts.

Chciwość… cóż, nie jest dobra.